Jak wpłynie rozporządzenie o sklepikach szkolnych na moje zajęcia profilaktyczne?

1 września weszło w życie Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 26 sierpnia w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach. Dość dokładnie określa ono skład produktów żywnościowych dostępnych w szkolnych sklepikach. W uzasadnieniu oraz w komentarzach politycznych występują odwołania do zagrożeń chorobami cywilizacyjnymi, ryzykiem otyłości, cukrzycy, depresji. Można ulec wrażeniu, że tym jednym działaniem legislacyjnym udało się oddalić ryzyko wystąpienia tych chorób. Jednocześnie w mediach wypowiadają się licealiści

wolno mi kupić papierosy, alkohol i dopalacze, bo prawo na to pozwala, ale nie mogą kupić kawy i batonów w szkole.

Powstaje zatem, podsycana medialnie kwestia, czy faktycznie unikniemy otyłości młodych Polaków i czy nie odbieramy naszym uczniom wolności.

Kiedy prowadziłem zajęcia integracyjne w pierwszych klasach liceum pytałem o to co jest uczniom potrzebne, żeby dobrze poczuli się w nowej szkole. Zaskakująco często pojawiającym się oczekiwaniem jest… kawa. Ci uczniowie, którzy kończyli nasze gimnazjum oczekują również powrotu „cynamonek” – drożdżówek słodszych niż rozporządzenie przewiduje. Kiedy słucham odpowiedzi na pytanie dlaczego jest im to tak potrzebne, słyszę wypowiedzi wskazujące na to, że kawa i słodycze stały się elementami ich codzienności, stylem życia „licealisty”. Mówią, że bez kawy nie mogą ruszyć. Kiedy pracuję z uczniami o niskiej motywacji zaczynam rozmowę od tego co dziś jedli i jak ogólnie się odżywiają. Nie dziwię się, że ktoś kto wychodzi z domu bez śniadania i do 15.00 żyje na coli i drożdżówkach nie ma energii, żeby pracować na lekcji, albo uczyć się w domu. Jednak kiedy usłyszałem o Rozporządzeniu przestraszyłem się, że złe nawyki żywieniowe staną się częścią postawy oporu przeciwko zasadom dorosłych. Postawą tak konieczną rozwojowo w wieku moich uczniów.

Myślę, że stawianie zakazów uczniom na poziomie szkoły ponadpodstawowej uniemożliwia wychowawcom uczenie młodych ludzi odpowiedzialności i samodzielności. Jeśli nie pozwalamy uczniom czegoś robić musimy mieć dobry powód, który oni powinni przynajmniej usłyszeć.

Kiedy w zeszłym roku byliśmy z uczniami na pikniku miejskim, żeby rozmawiać o zdrowej żywności jeden z chłopaków przyszedł na stanowisko z frytkami. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wzbudzić jego refleksję. Opowiadałem im o składnikach zdrowej diety, dziennym zapotrzebowaniu na energię, ale nie miałem potrzeby zabraniania temu chłopakowi zjedzenia frytek. Zapytałem go czy ten posiłek jest odpowiedzą na jego potrzeby pożywienia, czy po prostu miał ochotę na „fryty”. Wystarczyło.

Zgadzam się z tym, że powinna być odgórna kontrola tego co dzieci dostają do jedzenia w szkole, jaki skład mają leki, paliwo na stacjach. Jednak nie spodziewam się, że prawne ustalenie spowoduje, że uczniowie nie będą przynosili słodyczy do szkoły, internetowe apteki nie będą sprzedawały cukru pudru z napisem aspiryna itd. Jestem głęboko przekonany, że wielu nauczycieli, psychologów, pedagogów, W-F-istów, prowadzi skuteczne działania na rzecz informowania o zdrowym żywieniu, jego zaletach i wysiłku, który trzeba w nie włożyć. Równie głęboko jestem przekonany, że robią to mimo Rozporządzenia, a nie dzięki niemu. Podziwiam ich za ich wysiłki, które podejmują mimo tego, że ich uczniowie w domu spotykają zmęczonych rodziców, którzy odgrzane w mikrofali obiady zapijają gazowanymi napojami.

Moim uczniom mówię, podczas zajęć dotyczących profilaktyki i zdrowego odżywiania, żeby spróbowali przez tydzień jeść co 4 godziny, proste, nieprzetworzone produkty i wypijali całą dużą butelkę wody dziennie. Jeśli spodoba im się to jak się wtedy czują, to to będzie dla nich motywacja, żeby takie odżywianie kontynuować. To ich wybór i efekty ich działania mają ich napędzać do dbania o siebie. Ten argument zwątlał 1 września. Ale dalej jest wystarczający i jedyny.

Maciej Jonek