Ogłuszający, paraliżujący ryk dzwonka ucichł. Z głębokim wydechem z ust pani nauczycielki wypada: „Dzień dobry”, które znaczy wszystko, tylko nie to. Na biurko pada z hukiem dziennik i kserówki. Gdzieś na pograniczu świadomości uczniów ten upadek zdaje się być alegorią życia tej pani. Zasłony zjeżdżają w dół, żeby słońce nie raziło, a razem z nimi spada energia i gaśnie zapał. W drżącym świetle jarzeniówek nuda staje się torturą. Jedyne wyjście to schować się w bezruchu intelektualnym, żeby tylko nie zakłócać atmosfery nauki.

skoro mamy tylu ponuraków, to znaczy,
że takich ich wychowaliśmy

Pani jest oczywiście wymyślona, ale sytuacja nie. W związku z tym, że uważam pracę nauczyciela za ważną jestem przekonany, że to szkoła ma największy wpływ na dorosłych. Zatem łatwo mi postawić tezę, że skoro mamy tylu ponuraków, to znaczy, że takich ich wychowaliśmy. Ponury nauczyciel, ponura nauka przez osiem godzin dziennie przez jedenaście lat co najmniej. Nie ma co się dziwić, że poczucie humoru, jako naród, mamy tak niskie, że śmieszą nas dwójkowe kabarety (cudownie się składa, że w tym określeniu mieści się nazwa stacji telewizyjnej i ocena jej pracy!).

Co zatem robić, żeby samemu nie sponurzeć i żeby nie sponurzać uczniów? To moje pięć pomysłów:

1. Odpowiadam za treść swoich myśli

Szumnie brzmi. Bo to ważna sprawa, bardzo pomijana w dzisiejszych czasach. Dam Ci przykład. Byłem kiedyś w Grecji. Poważnie rozważałem, dlaczego właśnie tam powstała filozofia, która jest fundamentem naszej kultury. Patrzyłem na morze, na góry, siedziałem na balkonie, wcześnie rano, bo tylko o tej porze dało się prowadzić myśli. Różowym pickupem jechał pan, który sprzedawał arbuzy i melony. Nie lubię tych owoców, uważam, że są bez smaku i sensu. No ale jak mam zrozumieć, to powinienem jeść to, co oni. Za zaskakująco małą kwotę kupiłem chyba tonę owoców. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony ich smakiem. Były pełne, soczyste, słodkie, mięsiste. Po powrocie poszedłem do naszego osiedlowego i kupiłem sobie melona. Na szczęście byłem jeszcze w filozoficznym nastroju. Po pierwszym kęsie miałem do wyboru: albo zacząć psioczyć na sprzedawcę, który mówił, że pyszny, na dystrybutorów, przemysł itd.; albo mogłem powspominać jak smakuje melon, a tego zmiksować z czymś smacznym i następnym razem kupić jabłka czy gruszki.

raczej polecam nazywać ich „jabłuszka”, „gruszeczki”,
„kwiatuszki”, niż „robaki”, „dzieciaki”, „gimby”, albo „zgagi”

Podobnie sprawa ma się z uczniami. Są ci nauczyciele, którzy ciągle mówią, jak to kiedyś było lepiej. Absolutnie nie mówię o programowaniu podświadomości, odwołuję się do zdrowego rozsądku. Nie ma szans, że posmakują ci jabłka, jak ciągle będziesz narzekać na kwaśne melony i nigdy nie będzie Ci się dobrze pracowało z uczniami, jeśli jedyne sensowne dzieci ze szkoły odeszły lata temu.

Przypatrz się temu, jak myślisz o swoich uczniach. Czy wymagasz od nich, żeby byli egzotycznymi owocami znad Wisły, czy najlepszymi okolicznymi jabłkami. I jak już o nich mówisz sobie w głowie, to raczej polecam nazywać ich „jabłuszka”, „gruszeczki”, „kwiatuszki”, niż „robaki”, „dzieciaki”, „gimby”, albo „zgagi”.

2. Filtruję

Przeglądasz Facebooka, gazetę, oglądasz wiadomości. Trafiasz na nagłówek: „Porażka Cyfrowej Szkoły”, „Skandal w Wałbrzyskiej podstawówce” albo „Kryzys nauczycielstwa w Polsce”. Od razu pojawiają się emocje. Myślisz: „dotyczy mnie to? Zobaczmy…”

Zatrzymaj się. Czy chcesz przeczytać kolejny tekst, w którym jedzie się po edukacji? Czy ten media worker naprawdę wie coś, czego Ty nie wiesz o swoim zawodzie? Czy potrzebujesz wiedzieć, co ma do powiedzenia człowiek, który w szkole był przez czterdzieści minut po zakończeniu edukacji, tylko po to, by zadawać tysiąc razy to samo pytanie jakiejś nieszczęśliwej osobie, którą dyrektor wystawił do „porozmawiania z prasą”?

Ja się wstrzymuję. Staram się nie nurzać w niekompetentnych wypowiedziach i płytkich analizach. Szkoda moich nerwów. Żaden spryciarz zza ekranu telewizora nie powie nic, co zmieniłoby moje stanowisko wobec edukacji. Szkoda mi czasu i energii na proste wywody kończące się zawsze tym, że nauczyciele są uciemiężeni, źle opłacani i nie potrafią dotrzeć do dzisiejszego pokolenia. Mam wrażenie, że media nie zdają sobie sprawy z tego, co robimy. Łatwiej im pojąć proces technologiczny produkcji broni nuklearnej, niż budowanie relacji z roszczeniowym rodzicem, który ma szwagra prokuratora. Kompletnie ich mija to, co robimy między przyjęciem sześciolatka do pierwszej klasy a wydaniem świadectwa maturalnego dorosłemu człowiekowi. Nie interesuje ich nasza praca, więc dlaczego ja mam czytać to, co oni piszą? Wolę poprosić 1B o recenzję ostatniego tekstu kultury, z którym się spotkali. A jeśli pociąga cię skandal, to opowiem ci, co się stało: ktoś źle się zachował, nie dlatego, że jest w tym zawodzie, tylko dlatego, że tak wybrał. Teraz cała okolica szuka winnego, a ofierze każe się szlochać do kamery, zamiast pomóc jej przepracować to, co się stało. Na koniec dostaniesz zbilansowany miks poczucia winy i wyższości. Nie potrzebujesz tego.

3. Mierzenie poziomu energii klasy

Wchodzisz do sali, widzisz, że energia leży. Może jest 7.30, może 14.35, może padało przez ostatni weekend, może mieli wycisk na WF. W ławkach siedzą dętki. Ja w takiej sytuacji rysuję na tablicy pionową linię i robię rundę po klasie z pytaniem: „Ile masz energii?” (zazwyczaj proszę o podawanie poziomu energii w procentach). Każdą wypowiedź zaznaczam na pionowej linii w miejscu odpowiadającym procentowi posiadanej przez uczniów energii. W zależności od klasy i od relacji z nią czasem zaznaczam też swój poziom. Po zakończeniu rundy omawiamy poziom energii klasy. Warto dać uczniom wybór, powiedzieć, że z takim poziomem energii na lekcji zrobimy 60% tego, co zaplanowałem, a resztę trzeba będzie zrobić w domu. Czasem będzie tak, że postanowią spiąć się i zrobić 90% tylko po to, żeby mieć mniej zadane. Czasem przyjmą, że zadanie domowe będzie duże. Raczej unikam zadawania więcej niż 40% treści do domu. Po zakończeniu lekcji robimy rundę i jeszcze raz ustalamy poziom energii „na wyjściu” (potrzebujemy na to około 5 minut). Omawiamy porównanie początku i końca lekcji. Wyciągamy wnioski, np. warto było się spiąć, byliśmy tak zmęczeni, że teraz to już ledwo żyjemy, utrzymaliśmy energię.

czasem będzie tak, że postanowią spiąć się
i zrobić 90% tylko po to, żeby mieć mniej zadane

Celem tej metody jest stawienie czoła problemowi zmęczenia. Każdy ma prawo być zmęczony i trzeba to brać pod uwagę, nie starać się na siłę zrobić ze zmęczonych piłkarzy analityków polityki rolniczej UE. Ta metoda daje poczucie „zrobiłem, ile się dało” w miejsce przekonania „znów mi nie pracowali”. Jeśli sytuacja niskiej energii się powtarza, warto porozmawiać z nauczycielem poprzedniej lekcji lub postarać się, żeby nie mieć zajęć tak wcześnie lub tak późno.

4. Proszę wstać!

Czujesz, że odjechali. Zastygli, zgęstnieli i już nie są z tobą. Dryfują gdzieś niezdolni do trzymania kontaktu z tokiem lekcji. Ja wtedy niepostrzeżenie otwieram okno. Tak niby od niechcenia. Jedno albo dwa. I tak mimochodem wtrącam na koniec zdania: „Proszę wstać”. Czasem ktoś z automatu wstanie, czasem nie. Więc powtarzam: „Proszę wstać”. Padają pytania „dlaczego, co zrobiliśmy?”, ale na tym etapie powtarzam tylko „proszę wstać”. Kiedy wszyscy stoją, proszę, żeby usiedli. Gdy siadają, proszę, by znowu wstali. Tak ze trzy-cztery przysiady.

Raczej zawsze wracają.
Jeśli nie, to „Proszę wstać”…

Gdy już widzę, że się ożywili i poważnie zastanawiają się, o co mi chodzi, tłumaczę, że odjechali, że nie uważają i chciałem, żeby do mnie wrócili. Poza tym, wykonaliśmy kilka przysiadów na świeżym powietrzu, krew przyspieszyła, więcej tlenu mają w sobie, może będzie im się lepiej pracowało. Raczej próbuję utrzymać atmosferę żartu. Po takim rozluźnieniu zapraszam uczniów do skupienia się na temacie. Raczej zawsze wracają. Jeśli nie, to „Proszę wstać”…

5. Urlop

Podobna sytuacja jak powyżej. Odpłynęli. Również mimochodem, na koniec zdania wprowadzam: „Ja to najbardziej lubię usiąść sobie w mojej altance w ogrodzie. Z kawką, jeszcze zanim się zrobi ciepło, noga na nogę i nie myślę o niczym.” Opowiadam o tym miejscu, aż zobaczę, że złapałem ich uwagę. Jak już są ze mną, to proszę ich, żeby opowiedzieli mi o swoim miejscu. Ci co chcą, opowiadają, a resztę proszę, żeby przenieśli się do swojego ulubionego miejsca. Ustalamy, że dajemy sobie 3 minuty urlopu. Po tym urlopie opowiadamy sobie, jak było i wracamy do pracy. Trwa to od 5 do 8 minut.


Oczywiście te metody stosowane w klasie zabierają czas z lekcji, ale po prostym rachunku lepiej odzyskać słuchaczy kosztem paru minut, niż wykładać do nieobecnych. Mówię to jako nauczyciel „michałka”, ale z przekonaniem, że rachunek zysków i strat jest taki sam na matematyce jak na zajęciach profilaktycznych.

PS. Najlepsza metoda dla Ciebie to ta, przy której najszerszy uśmiech pojawił się na twojej twarzy.

Maciej Jonek